wtorek, 24 lipca 2012

Łabędź zbłąkany wśród zasranych obliczeń


Łabędź zbłąkany wśród zasranych obliczeń

Abstrakcja, która powstała z potrzeby serca podczas sprawdzania, czy plakatówki nadają się do użytku (nie nadają się, jak widać, bo w większości przybrały kolor i konsystencję sraczki. Cóż, były ważne do 2006...), i która nie spełnia podstawowego i jedynego wymogu abstrakcjonizmu, który zakazuje przedstawiania. Bo moja abstrakcja przedstawia. Łabędzia. Tylko że on naprawdę wyszedł niechcący! W przeciwieństwie do tej trąby pod spodem (chyba wieści o huraganach oddziaływują na mój mózg xD)

No. A dzisiaj byłam na bardzo długich i męczących, ale owocnych w sumie zakupach z mamą (udało mi się namierzyć zapach perfum prawie taki sam jak ten, którego szukam! Szkoda tylko, że chyba edycja limitowana...), i jeszcze po południu na koniach. Astra była nieznośna, ale może to dlatego, że ja też w nastroju nie najlepszym, bo wycieńczona upałem i kilkugodzinnym chodzeniem. Za to żel na muchy nie najgorszy. Z chęcią przerzuciły się na mnie.xD

A rano spotkałam moją byłą polonistkę, którą już jakimś właściwym plotkom sposobem doszły słuchy, że podobno przenoszę się z powrotem do salka... Dobrze wiedzieć. Bo nie przypominam sobie, żebym podjęła ostateczną decyzję...

sobota, 21 lipca 2012

Action painting! Malowanie jest wolnością

Lojalnie ostrzegam: ten post jest nudny. :D


Cóż, polbruk trochę ucierpiał, ale jak rodzice wrócą to będzie już ciemno :D
Czy się twórczo wyżyłam? Tylko częściowo. Potrzeba mi miejsca, w którym będę mogła powiesić sobie arkusz na ścianie i chlapać do woli, nie bojąc się, że coś pobrudzę. Chociaż efekt dzisiejszego szaleństwa też mi się podoba :)
Czy to jest sztuka? Według mnie nie do końca. Ale jest to bardzo fajna sprawa, i cieszę się, że dowiedziałam się o czymś takim na obozie.

A to widok, który zachwycił mnie, gdy byłam w odwiedzinach u koleżanki. Ale że nie miałam wtedy pasteli (suchych w dodatku) to posiłkowałam się zdjęciem (dopóki nie wyłączyli mi prądu xD) Niestety robiąc zdjęcie już samemu rysunkowi trochę zwaliłam perspektywę. Cóż, trudno się mówi.


Tymczasem moja abstrakcja uparcie broni się przed wyschnięciem już któryś dzień, a to niby tylko plakatówki.(tymczasem moje nowe akrylki zasychają aż za szybko. Ale w sumie to dobrze)
A z pozytywnych akcentów to mam jeszcze jedną wiadomość: udało mi się wreszcie znaleźć niezapominajki! (na kolczyki) I to na własnej działce! Podczas gdy szukałam ich dosłownie wszędzie, one wyrosły sobie cichaczem przy kompostowniku. Gdyby nie to, że musiałam pozbierać trawki dla świnek, w ogóle bym ich nie zauważyła.
Udało mi się też znaleźć stare pędzle, które mogę wykorzystać do kleju. Przy okazji porządkowania szafki artystycznej, co zajęło mi swoją drogą pół dnia.
Tak... dwa stare pędzle, kilka kwiatków i Ala się cieszy ;D

piątek, 20 lipca 2012

Plac zabaw...

Bo dzieci są jak inny gatunek człowieka.
Wnoszą do świata dorosłych trochę koloru.
Którego jednak ci często nie dostrzegają...

ze spaceru z Gosią.




Las po deszczu

Najpierw zatytułowałam ten post "nowy początek" i nawet próbowałam napisać coś, co by do tego tytułu pasowało, jednak  zupełnie mi nie szło. Ale oficjalna wersja, jakby ktoś pytał, jest taka, że wstępy są nudne więc żadnego wstępu nie będzie.


Ciągle pada... i ciągle wychodzi słońce. Kiepskie warunki do wyjścia w pleneru malarski, ale za to wyśmienite do robienia zdjęć. Kiedy wczoraj wyszłam na spacer, piękne kadry aż pchały się przed oczy - zupełnie nie musiałam ich szukać. Las podszedł do mnie bardzo przyjaźnie, sosna nawet popilnowała mego roweru gdy natrafiłam na ogromną kałużę i dalej musiałam iść pieszo. Co prawda potem trochę obraził się (las, nie rower), bo zerwałam kilka kwiatów. Tłumaczyłam, że to tylko kilka, żeby zasuszyć i przykleić na kolczyki. Dostałam z liścia (mokrego w dodatku) i zagrożono mi upadkiem do kałuży, ale wystarczyło kilka słów o tym, jakże piękny jest ten las po deszczu, gdy tak spokojnie paruje w słońcu, żeby go udobruchać. Aczkolwiek moich ulubionych koniczynek-niekoniczynek, tych o listkach w kształcie serca, nie znalazłam. Za to znalazłam mnóstwo słodkich malin. Świeżo umytych, wolnych od bąblowca, pysznych leśnych malinek. Poszły prosto do gumowego, jak mama nie wiedzieć czemu nazywa mój brzuch. Zupełnie jakby był niesłychanie rozciągliwy. A przecież nie jest. Ważę tylko 45 kilo. I mam metr sześćdziesiąt ( a przynajmniej taka jest oficjalna wersja, bo nieoficjalnie to ja mam chyba metr pięćdziesiąt osiem i pół)


A oto efekty wycieczki do lasu:







A dziś wyprawa do sklepu artystycznego po zapomnianą żółtą farbę, serwetki i werniks, a wieczorkiem plener na ulicy (ludzie są tak uroczo ciekawscy) i mój pierwszy raz. Pierwszy raz na płótnie, ma się rozumieć.
"Obraz" jeszcze nieskończony.


Teraz, po obozie artystycznym, owładnęła mną mania tworzenia. Mam wrażenie, że jeśli dzisiaj nie zrobię tego i tego, i tego, to koniec, i muszę tłumaczyć sobie ciągle, ze jutro tez przecież jest dzień.
Dzień, w którym czeka mnie action painting, sprzątanie i decoupage. Jeśli zdążę. A jeśli zabraknie mi czasu, to jak myślicie, który punkt z listy wykreślę...?