Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alicja w Krainie Czarów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alicja w Krainie Czarów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 września 2012

Świat nie składa się z cycków

Świat nie składa się z cycków, akryle i cienkopis
Zapuściłam bloga jak mój tata iglaki, chociaż nieraz nawet chciało mi się przysiąść i coś tam naskrobać.
No więc w końcu skrobię.
Jestem w początkowowszkolnym dołku, a sposób na samobójstwo podał nam dzisiaj dyrektor, chyba niezamierzenie, wspominając o huśtaniu się na nowo założonych łańcuchach (gdzie?) i dobijając nas dodatkowo jakże dobitnym stwierdzeniem: "nie macie gdzie spaść" a "nauczyciele są po to, żeby was maksymalnie dręczyć", i "jeszcze będziecie im za to dziękować" (o ile nie powiesicie się na łańcuchach). Ale już pośpieszam z wyjaśnieniem, aby zapobiec szerzeniu się plotki: z tym spadaniem chodziło mu oczywiście o to, że w tym roku do liceów wchodzi nowa podstawa programowa i nawet profile będą inne.
Oj, coś dzisiaj nie idzie mi to pisanie. I nawet na filozoficzne dyrdymały, które planowałam tu jakiś czas temu umieścić, nie mam weny.

 A oto kilka zdjęć (przerobionych, bo mnie wzięło na testowanie efektów nowej wersji Picasy :D) z naszej majowej (o zgrozo!) sesji z Z. :






Jednak nie wyszło aż tak źle :)

PS. Nick mi się zmienił na "Chinatsu Hanari" z takiej przyczyny, że wzięło mnie znowu na zabawę w blogi grupowe, no i tam sobie stworzyłam taką postać o takim właśnie imieniu :D (na tym samym koncie)




Nie wiem, co zrobić z końmi, o tańcach już nie wspominając.
Jest mi przykro, że mama nie wierzy w to, że dam radę z olimpiadą. A jeszcze bardziej jest mi przykro dlatego, że pewnie ma rację. Ale w zasadzie tylko ta olimpiada i koleżanki sprawiają, że kolejne miesiące nie jawią się  w  aż tak czarnych barwach.
No. A jutro na dobry początek chemia, biologia, matma, fizyka...

piątek, 20 lipca 2012

Las po deszczu

Najpierw zatytułowałam ten post "nowy początek" i nawet próbowałam napisać coś, co by do tego tytułu pasowało, jednak  zupełnie mi nie szło. Ale oficjalna wersja, jakby ktoś pytał, jest taka, że wstępy są nudne więc żadnego wstępu nie będzie.


Ciągle pada... i ciągle wychodzi słońce. Kiepskie warunki do wyjścia w pleneru malarski, ale za to wyśmienite do robienia zdjęć. Kiedy wczoraj wyszłam na spacer, piękne kadry aż pchały się przed oczy - zupełnie nie musiałam ich szukać. Las podszedł do mnie bardzo przyjaźnie, sosna nawet popilnowała mego roweru gdy natrafiłam na ogromną kałużę i dalej musiałam iść pieszo. Co prawda potem trochę obraził się (las, nie rower), bo zerwałam kilka kwiatów. Tłumaczyłam, że to tylko kilka, żeby zasuszyć i przykleić na kolczyki. Dostałam z liścia (mokrego w dodatku) i zagrożono mi upadkiem do kałuży, ale wystarczyło kilka słów o tym, jakże piękny jest ten las po deszczu, gdy tak spokojnie paruje w słońcu, żeby go udobruchać. Aczkolwiek moich ulubionych koniczynek-niekoniczynek, tych o listkach w kształcie serca, nie znalazłam. Za to znalazłam mnóstwo słodkich malin. Świeżo umytych, wolnych od bąblowca, pysznych leśnych malinek. Poszły prosto do gumowego, jak mama nie wiedzieć czemu nazywa mój brzuch. Zupełnie jakby był niesłychanie rozciągliwy. A przecież nie jest. Ważę tylko 45 kilo. I mam metr sześćdziesiąt ( a przynajmniej taka jest oficjalna wersja, bo nieoficjalnie to ja mam chyba metr pięćdziesiąt osiem i pół)


A oto efekty wycieczki do lasu:







A dziś wyprawa do sklepu artystycznego po zapomnianą żółtą farbę, serwetki i werniks, a wieczorkiem plener na ulicy (ludzie są tak uroczo ciekawscy) i mój pierwszy raz. Pierwszy raz na płótnie, ma się rozumieć.
"Obraz" jeszcze nieskończony.


Teraz, po obozie artystycznym, owładnęła mną mania tworzenia. Mam wrażenie, że jeśli dzisiaj nie zrobię tego i tego, i tego, to koniec, i muszę tłumaczyć sobie ciągle, ze jutro tez przecież jest dzień.
Dzień, w którym czeka mnie action painting, sprzątanie i decoupage. Jeśli zdążę. A jeśli zabraknie mi czasu, to jak myślicie, który punkt z listy wykreślę...?